Tegoroczny Bern–Andermatt był epicką przygodą: 210 km i 5000 m w pionie, w całości w ulewnym deszczu. Bez deszczu nie ma postępu, jak to mówią. Start miałam o 3:45 rano, a karmienie piersią i nocny głód dziecka nie pozwoliły mi się wyspać.
Wyścig zaczął się od jazdy w małej grupie do pierwszego podjazdu, a potem była już samotna jazda na czas aż do mety. Na pierwszym podjeździe miałam plan: zostać za grupą i jechać własnym tempem.
Na mecie byłam pierwszą kobietą.







