Wciąż nie mogę w to uwierzyć: czwarta wygrana w Tatra Road Race, najtrudniejszym amatorskim wyścigu szosowym w Polsce. Pierwszy raz pojechałam tu w 2016 roku i od tamtej pory nie potrafię przestać wracać. Wyścig jest organizowany z ogromnym zaangażowaniem i dlatego jest dla mnie wyjątkowy – to ten, na który czekamy cały sezon.
Trasa jest dla uzależnionych od bólu, a ja chyba jestem jedną z nich. Piękne tatrzańskie widoki i wyjątkowe bufety trochę pomagają, ale i tak jest ciężko jak diabli, dokładnie tak, jak obiecują organizatorzy.
Na zdjęciach z ucieczki zauważyłam, że moja pozycja na rowerze jest dużo mniej aerodynamiczna niż u osoby, z którą uciekałam – może powinnam obniżyć kierownicę? Na metę wjechałam z uśmiechem.
Często zadaję sobie pytanie, dlaczego tak bardzo kocham się ścigać. Chyba po prostu kocham ten flow: maksymalne skupienie, bycie dokładnie tu i teraz, głowa i ciało współpracujące, żeby osiągnąć cel. Kilka dni później szykowałam się już do mistrzostw świata UCI w Sarajewie.







