Pierwsze mistrzostwa świata UCI Gran Fondo w Varese skończyłam na 5. miejscu. Byłam po nich bardzo zmęczona i nie wiedziałam, czy w tym sezonie startować jeszcze w długich wyścigach. Zmniejszyłam już intensywność treningów. Dlatego wygrana w klasyfikacji kobiet w Granfondo Tre Valli Varesine miesiąc później bardzo mnie ucieszyła i zaskoczyła. Udało się za trzecim podejściem, po zeszłorocznej edycji i tegorocznych mistrzostwach.
Pierwszy podjazd w stronę Alpe Tedesco zawsze boli. Na mistrzostwach myślałam, że na jego końcu spadnę z roweru. Tym razem miałam wyższą średnią moc i wyższe tętno, a nogi czuły się dużo lepiej. Wtedy już wiedziałam, że to będzie dobry wyścig. Po pierwszej górze w grupie zostało około 10 kobiet, a po drugiej tylko trzyosobowa ucieczka. Utrzymałyśmy ją do mety. Na ostatnim podjeździe do centrum Varese zaatakowałam i wjechałam na metę 20 sekund przed rywalkami.
Trasa za każdym razem była prawie taka sama. Moc znormalizowana rosła ze 184 przez 194 do 199 W, a czas spadał z 4:08:32 przez 4:04:56 do 4:03:01. Trudno nie myśleć, że te 5 watów pięć tygodni wcześniej mogło dać medal. Ale świetny wyścig to świetny wyścig. Czas na zimowy sen.




