W ten weekend miałam okazję ścigać się dla odmiany na własnym podwórku. 133 km i 3 km przewyższeń przez góry i doliny Podhala wokół Zakopanego.
Juliusz Cezar ujął to najlepiej dwa tysiące lat temu: veni, vidi, vici. Przybyłam – przez korki na Zakopiance dokładnie w ostatniej minucie, numer startowy odebrałam na styk. Zobaczyłam – Tatry przepiękne jak zawsze. Zwyciężyłam – prowadziłam od startu do mety, wygrałam klasyfikację open kobiet na najdłuższym dystansie i wszystkie cztery premie górskie.
To była moja pierwsza wygrana na szosie i od tego dnia zostałam przy szosie. Następnym razem muszę tylko pamiętać, żeby wziąć drugą, czystą koszulkę na dekorację.








