Weekend spędziłam w Gryzonii, w dolinie Engadyny, na Engadin Radmarathon. To chyba jedyny wyścig szosowy w Europie, w którym krew, pot i łzy zawodników mogą spłynąć górskimi strumieniami do Morza Północnego, Śródziemnego albo Czarnego, zależnie od tego, gdzie na trasie przyjdzie im krwawić, pocić się lub płakać. 211 km i prawie 4 km w pionie w tysiącosobowym peletonie, z Alpami w tle.
Po sześciu godzinach w miarę równej jazdy wyścig nabrał tempa na ostatniej przełęczy. Dziewczyna, która jechała ze mną, startowała z pierwszego sektora, a ja z drugiego, minutę później. Jechałyśmy razem, ale indywidualny pomiar czasu dawał mi sporą przewagę. Wtedy puściła hamulce, wyłączyła instynkt samozachowawczy i ruszyła w dół po serpentynach jak w grze komputerowej. Cały ostatni zjazd był epicki.
Moja przewaga stopniała, ale z pomocą kilku szczęśliwie znalezionych sojuszników obroniłam czwarte miejsce wśród kobiet o 9 sekund, z czasem 7:42:45. Poprawiłam przy tym swój rekord trasy o ponad godzinę.





