W niedzielę pojechałam kolejny maraton MTB, BerGiBike: 79 km i 2440 m w pionie z Fryburga do Bulle. Start był zneutralizowany i prowadził przez piękne stare miasto we Fryburgu, ale na zwiedzanie nie było czasu. Zaraz za miastem wjechaliśmy na singletrack w lesie, gdzie widać było skutki deszczów z zeszłego tygodnia. Błoto po kostki. Na pozornie łatwym, a jak się okazało śliskim zjeździe przeleciałam przez kierownicę.
Główny punkt programu, La Berra, poszedł w miarę dobrze: stres i 190 uderzeń serca na podjeździe, seria brzydkich słów z rowerem na plecach przy szczycie, a potem zjazd po mokrej trawie i rynnie pełnej błota. Tym razem, a byłam na tej górze już piąty raz, pokonałam go dość sprawnie, głównie dlatego, że po dwóch wywrotkach przerzuciłam się na bieganie.
Dalej było 40 km czystej przyjemności: szuter i kamieniste zjazdy w lesie. Większość trasy jechałam sama. Dziewczyny z pierwszej dziesiątki startowały w grupach o 8:00, 8:15 i 8:30, więc jak na czasówce wynik był jasny dopiero dłuższą chwilę po mecie. Na prawie wszystkich podjazdach zrobiłam życiówki, zjazdy pokonywane z buta wyszły gorzej. Do podium zabrakło 7 minut. Skończyło się na 5. miejscu w kategorii i 7. open.





